Gabi.net Estetyka & Zdrowie, Magazyn specjalistów zdrowia i urody

Buble w roli gwiazd... czyli mój dzień w SPA z nr 5/2009

Och jak chciałam już pojechać do tego SPA!!! Nie mogłam się doczekać!! Mąż z okazji 20 lecia ślubu, z płonącymi oczami podarował mi bon upominkowy, bo wiedział jak o tym marzyłam.....

Och jak chciałam już pojechać do tego SPA!!! Nie mogłam się doczekać!! Mąż z okazji 20 lecia ślubu, z płonącymi oczami podarował mi bon upominkowy, bo wiedział jak o tym marzyłam.

3 dni relaksu, odpoczynku, „ładowania akumulatorów”.

Na zewnątrz grudy śniegu, zacinający deszcz, skrzeczące gawrony, a za tymi ciężkimi drzwiami inny świat... Głęboko wciągam powietrze... Co to za zapach?

Pomarańcza, klej, szyszka kąpielowa, zupka grzybowa? Mieszanka dziwna, nie bardzo mi się podoba.

Uśmiechnięta i ufna podchodzę do recepcji z moją wielką walizą. Ale nikt nie zwraca na mnie uwagi. Kończy się poranna zmiana, koleżanki spierają się o nieprawidłowe rezerwacje, są zdenerwowane. Trwa to 10 minut. Dostaję pokój na drugim piętrze. Windy jednak brak.

Jak ja mam wtaszczyć po schodach tę moją walizę? – Pan Stanisław zajęty jest odśnieżaniem podjazdu z drugiej strony, a widzę, że zapomniał komórki. Przykro mi – wyjaśnia zatroskana recepcjonistka, poprawiając czerwone, wąskie oprawki okularów.

Tak więc, schodek po schodku, wciągam swoją walizę po marmurowych stopniach, z niepokojem obserwując czy ten biały, szlifowany kamień wytrzyma walenie kółek.

Jakoś wytrzymał, gorzej z moim kręgosłupem i ręką, która wydłużyła mi się o kilka centymetrów.

W szafie wisiał już frotowy szlafrok. Wielki, puszysty, ciężki, dający poczucie bezpieczeństwa. I butki etaminowe, z podeszwą cienką jak mgła. Schodzę do podziemi w tym długaśnym szlafroku i nie tupię... Na poziomie minus jeden jest właśnie wymarzone SPA.

Mrok, palące się lampki pod ścianą, słodki, duszący zapach, ćwierkające ptaszki – to pierwsze wrażenia. Mocno trzymam się poręczy wypatrując kolejnego schodka, wyłaniającego się z ciemności. Udało się. Panie w SPA ordynują mi kilka zabiegów: kapsuła, słoneczna łąka, kołyska Alfa, do tego masaż i zawijania na mój cellulit.

Wchodzę do kapsuły. Pokrywa zamyka się i górnym otworem, wprost na twarz zaczyna buchać gorąca para wodna, utrudniając mi oddech. W środku coś bulgoce, skrzypi. Za chwilę lodowate krople wody spadają na ciało. Brrr...Wiję się, kurczę w sobie, bo nie lubię zimna.

Pytam obsługującą panią, czy nie można tego wyłączyć, bo to dla mnie istna tortura.

To zaraz przejdzie, bo kapsuła się rozgrzewa – tłumaczy pani Jola, manipulując przy dzwoniącej w fartuchu komórce... Liczę minuty do końca tego zabiegu. Za chwilę kapsuła przeobraża się w wannę. Pływają w niej jakieś farfocle - ponoć fragmenty płatków i kory o działaniu aromaterapeutycznym. Próbuję się odprężyć, głęboko oddychając. Nagle otwieram oczy, bo czuję pełznące do góry obłoki miękkiej piany. Niepokojąco szybko rosną, dlatego siadam nerwowo, wyciągam szyję do góry i wołam panią Jolę. – Ojej przedobrzyłam z płynem – uśmiecha się rozbrajająco. – Zaraz opadnie – mówi – dolewając jakiejś brązowej cieczy.

Po chwili boczne otwory w wannie zaczynają bulgotać, zasysając energicznie wodę, by po chwili ją wypuścić. Przesuwam się po dnie wanny, podstawiając pod strumyczki wody swoje depozyty tłuszczowe, „bryczesy” i cellulit. Nagle czuję, jak kawałek uda przysysa się do ściany wanny i trudno mi go odkleić. Na powierzchni skóry zostaje mocno czerwone kółko i kilkanaście pękniętych naczyń krwionośnych. Prawdziwie relaksująca kąpiel...

Cóż, zdarza się, bądź wyrozumiała, wyluzuj...tłumaczę sobie, obserwując jak Pani Jola wciera zapalczywie w mój brzuch i uda lodowatą mieszankę mocno pachnącą cynamonem.

Pomału robi się ciepło, bardzo ciepło, gorąco, szczypie, pali...

Niemal słyszę jak pod kokonem z bandaży pękają moje słabe naczynia krwionośne na nogach.

Czas na relaks w Słonecznej Łące. Jak pięknie to brzmi. Wspomnienie lata, błogość...

Pani Jola prowadzi mnie pod tajemnicze drzwi. Proszę tam wejść, rozebrać się, położyć, a za 3 minuty urządzenie się włączy.

Otwieram drzwi i wchodzę do malutkiego, klaustrofobicznego pomieszczenia bez okien.

Nad wąską leżanką zamontowane są kwadratowe lampy, przypominające neonówki.

Kładę się i czekam. Nagle hałas i głośne trzaski nad głową wzbudzają mój niepokój. Mam wrażenie, że za chwilę wszystko spadnie mi na twarz.

Spokojnie, tłumaczę sobie – jesteś w SPA.

Robi się duszno, pokoik jest maleńki, bez właściwej wentylacji. Ubieram się w popłochu i uciekam z tej „łąki”, gubiąc kapcie.

Teraz nareszcie kołyska Alfa, na którą czekałam. Wygląda pięknie w przestronnym pokoju, połyskując niebieskim światłem. Kładę się na podświetlonej bryle i z ciekawością oczekuję na zapowiadane efekty. Czy uda mi się odpłynąć i zasnąć? Z wbudowanych do urządzenia głośników sączą się dziwne odgłosy. Wypływają ze środka i mam wrażenie, że wchodzą do ciała. Są to dźwięki eksperymentalne i trudno je opisać. Mnie nie relaksują, lecz wywołują jakieś egzystencjalne lęki. Nie czuję też żadnego kołysania, tylko drgania wywołane wibracją drażniących mnie dźwięków.

Koniec dzisiejszego pakietu antystresowego. W podziemnym SPA spędziłam 4 godziny.

W pokoju przed snem chciałam odreagować i pooddychać przy otwartym oknie.

To jedna z najstarszych i sprawdzonych metod antystresowych.

Niestety okna się nie otwierają. System klimatyzacji wewnętrznej.

Jutro wracam do domu...